Дивлячись в далечінь… Втрати моєї польської родини

Wiktoria319„Jestem Polką, jestem Polakiem!” – mówią swobodnie nasze dzieci na zajęciach języka polskiego w szkółce sobotnio-niedzielnej, którą prowadzi Obwodowy Związek Polaków na Ukrainie w Żytomierzu. Obecnie coraz więcej młodzieży przypomina sobie o swojej polskości. To właśnie do niej Polska, nasza historyczna ojczyzna, kieruje wiele programów kulturalnych i oświatowych. Cieszy mnie ten fakt, bo to znaczy, że mamy przyszłość. Ale nie zawsze tak było. Losy Polaków związane były w niedalekiej przeszłości z wielkim cierpieniem. Przyznawanie się do polskości graniczyło z heroizmem. Tak było również w mojej rodzinie.

Pochodzę z polskiej inteligenckiej rodziny. Mój dziadek Jan Gongało – absolwent Polskiego Instytutu w Kijowie skierowany został do pracy w polskiej szkole niedaleko Humania. Został jej dyrektorem. Jednak pracował niedługo. Na podstawie fałszywych donosów, jakoby był polskim szpiegiem – został rozstrzelany.

NKWD wezwało Rozalię Gongało (moją babcię), aby podpisała dokument, w którym wyrzeka męża, w przeciwnym razie zostanie skazana na zesłanie. Babcia nie mogła go zdradzić, tak samo jak nie mogła wiedzieć, że jest już wdową. Dlatego zmuszono ją oraz dwoje jej dzieci – 8-letnią Halinę (moją ciocię) i 5-letnią Wandę (moją mamę) do opuszczenia w ciągu 24. godzin mieszkania służbowego i do wyjazdu na zesłanie do Kazachstanu.

W latach 1937 – 1938 władze sowieckie starały się zniszczyć polską inteligencję, polską kulturę. Zniszczyć obecność Polaków na Wołyniu. Unicestwiano całe rodziny.

Kazachstan przywitał babcię i jej dzieci srogą zimą. Zatrzymały się u rodziny, którą zesłano już wcześniej. Siostra babci – Teofila oraz jej dzieci otoczyły zesłańców troską i czułością. Dzieliły się z nimi chlebem, chociaż same ledwie wiązały przysłowiowy „koniec z końcem”. Babcia Rozalia smacznie gotowała i dlatego zaproponowano jej pracę w szkolnej stołówce. Chętnie się na to zgodziła się. Dzieci poszły do szkoły. W trakcie zapoznawania się z nowymi kolegami mama po raz pierwszy usłyszała: „wróg narodu”. Z takim piętnem miały żyć…

Minęły 3 lata. Ciężko zachorowała moja mama. Zwrócono wróciły się do lekarza. „Astma! Powinny opuścić Kazachstan, inaczej dziecko umrze”– diagnoza zabrzmiała jak straszny wyrok. Zaczęły się przygotowania do ucieczki z zesłania. W nocy, kiedy wszyscy spali, babcia znosiła rzeczy i chowała je w rowie, żeby nikt ją nie posądził o takie myśli. Nikt nie mógł wiedzieć o jej planach, nawet rodzina. Wszystkim mówiła, że chce pojechać do swojej kumy, do sąsiedniej wioski. Narażała własne życie na niebezpieczeństwo, ale wówczas nie myślała o sobie. Powinna była uratować życie dziecka. Wszak obiecała swojemu kochanemu mężowi, że będzie dbać o ich dzieci i czekać na jego powrót.

Wiosną 1941 roku, ciemną nocą jak złodziej, kochająca i troskliwa matka obudziła dzieci, przygotowała jedzenie na podróż i razem wyruszyły na piechotę do stacji kolejowej oddalonej o 30 km. Nie mogły jechać autobusem, bo wszyscy wszystkich znali i ktoś mógł donieść…

Podróż trwała miesiąc i nareszcie – Ukraina. Jeszcze trochę wysiłku i będą w domu. Tylko trzeba było się gdzieś schronić. Pozostać w Kijowie, gdzie mieszkali babci przyjaciele ze studiów – nie wolno. Tam nie dostanie pracy i tam znowu grozi zesłanie. Udała się więc do teściowej. Wprawdzie teściowa babci Rozalii oddała majątek Sowietom, ale miała jeszcze gospodarstwo, więc jakoś by sobie poradziły.

Łzami powitała teściowa uciekinierów. Ukryła wnuczki, które starały się nie wychodzić w ciągu dnia. Ale takie życie nie trwało zbyt długo. Pewnego majowego dnia przyszli funkcjonariusze NKWD w czarnych płaszczach i wręczyli teściowej babci nakaz natychmiastowego opuszczeniu miejsca zamieszkania i powrót do Kazachstanu. Niewykonanie owego nakazu karane było więzieniem. „O, Matko Boska! Ratuj nas!”– słyszała mama, kiedy w nocy modliła się babcia.

Wyjechały rano, ale nie do Kazachstanu, a do swojej mamy, do innej wioski.

Latem 1941 roku zaczęła się wojna. Wkrótce przyszli Niemcy. Babcia mieszkała w wielkim domu, dlatego dokwaterowano tam wysokich rangą oficerów niemieckich. Dobre wykształcenie i znajomość języka niemieckiego umożliwiały babci rozumienie tego, o czym mówią Niemcy podczas posiedzeń sztabu. Przekazywała te wiadomości partyzantom. Pewnego razu Niemcy spostrzegli, że nie ma jej w domu. Rozpoczęli poszukiwania, wystawili posterunki. Szła ścieżkami, które znała od dzieciństwa, i modliła się. Wróciła do domu i dopiero wtedy zrozumiała, jakie groziło jej niebezpieczeństwo…

Wrócili Sowieci. W Żytomierzu powstał polski sztab jednostek wojskowych. Brat babci Rozalii – Edward znalazł się w szeregach Wojska Polskiego. Zakończyła się wojna. Edward zabierał żonę z dziećmi do Wrocławia. Zaprosił także siostrę. Babcia złożyła dokumenty na wyjazd z dziećmi do Polski. W nocy przyszło NKWD i babci dano czas do rana na podjęcie decyzji: albo zabierze dokumenty na wyjazd, albo „będzie tam, gdzie jej mąż”. Nie wiedziała, gdzie jest mąż. Zabrała dokumenty i została sama z córkami. Część rodziny wyjechała do Polski, druga – została na zesłaniu w Kazachstanie. Mogła więc liczyć tylko na siebie, byleby znowu ich nie zesłali. Tego bała się najbardziej.

Ciężka codzienna praca w polu, dokładanie starań, by być lepszą od innych i zarobić na życie – przynosiły uznanie. Babcia Rozalia była nagrodzona od władz Medalem „Za pracę” i dyplomami.

Piękna kobieta z dwojgiem dzieci wciąż czekała, że wróci do domu jej ukochany Janek. Nie miała od niego żadnych wiadomości. Przychodziły tylko odpowiedzi na jej pisma, że jest zesłany. A ona kochała i czekała i czekała…

Wyrosły dzieci. „Jak dać im wykształcenie, jak wysłać na naukę?”– babcia nie raz zadawała sobie podobne pytania. Wszak Janek marzył, by córki studiowały na Uniwersytecie.

Halina pojechała do Lwowa i bardzo dobrze zdała egzaminy na medycynę. Nie dostała się na studia. I tak było przez kolejne 7 lat. Pewien stary profesor nie wytrzymał i powiedział dziewczynie, że Polakom nie wolno studiować, a ona na domiar złego jest jeszcze „wrogiem ludu”. Tak więc obie siostry złożyły dokumenty do techników, które ukończyły. Mama – mleczarski, ciocia – mięsny.

Ułożyło się im życie osobiste. Założyły własne rodziny. Mama zabrała do siebie babcię.

Były lata 70 XX wieku. Mieszkaliśmy wszyscy razem. W naszym domu zbierała się polska inteligencja, odprawiano potajemnie Msze święte. Rodzina zachowała polską tradycję i obyczaje.